NIE JESTEŚ TYM, KIM MYŚLISZ, ŻE JESTEŚ -
- LECZ TYM, KIM SIĘ STAJESZ, GDY MYŚLISZ, KIM JESTEŚ...

10 stycznia AD 2008
Nie jestem w stanie umieścić tu napisu : STRONA POŚWIĘCONA... To po prostu blog DLA ALEKSANDRY ŚLĄSKIEJ i dzięki Niej pisany :). Co będzie dalej? Czas pokaże... Może uda się odnaleźć zapomniane chwile. Ja też ledwo pamietam Jej obraz...ale...


12 stycznia AD2008
Można zacząć tak: tak: „w tym roku mija 60 lat, od chwili, w której wybitna Heroina Sceny, (przez duże „h”…) Aleksandra Śląska, ukończyła Krakowską Państwową Wyższą Szkołę Aktorską i jest to wspaniały Jubileusz…”, a Ona to przeczytała – mogłoby się to dla mnie skończyć tragicznie… Zakładam optymistycznie, że poprzestałaby jedynie na słowach. „ Santa Madonna! Niente! Zmienić! Natychmiast! Presto!!!” I to by były – O, Dio! – święte słowa. Si, Certo! O Aleksandrze Śląskiej nie wypada tak pisać. Nie wolno tak pisać. O Śląskiej powinno się mówić. Że jest. Rok 1980 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały klęski jakoweś i nadzwyczajne zdarzenia,…Jakie to nadzwyczajne zdarzenia były i co za klęski, wszyscy wiemy doskonale (nawet ci, co – jak ja –mieli wtedy lat pięć), więc nie o nich teraz. Rok 1980 zburzył doskonały porządek rzeczy i okazał światu dwa seriale – „Karierę Nikodema Dyzmy” i „Królową Bonę”. Wspomnienie to jest ściśle historyczne, bo w pełni władz umysłowych obejrzałem obydwa dopiero kilka lat później. Wtedy Aleksandra Śląska już nie żyła, a gwiazda Grażyny Barszczewskiej wzeszła, umocniła się i świeciła spokojnym i równym blaskiem. (Gwiazda Dyzmy świeci nieprzerwanie od czasów Dołęgi – Mostowicza i nic nie jest w stanie zachwiać jej potęgi. Co rusz objawia wydania kolejne, poprawione i zaktualizowane, a o Barszczewskiej będzie w innym tekście…) Będzie - obiecuję solennie.
Podobno była perfekcyjna. Nie znosiła partactwa i amatorszczyzny. Znała swoją wartość i nie rozmieniała się na drobne. Powinna, zatem stać się symbolem naszych czasów i wyzwaniem. Lubimy przecież profesjonalizm. Powinna wracać w analizach i być cytowana i wspominana, w końcu wychowała pokolenia aktorskie… Jej kreacja dubbingu – Elżbieta królowa Anglii podobno przerosła najśmielsze oczekiwania i przeszła do historii. A, tak – prawda, było coś takiego…podobno...
Co się stało z naszą k l a s ą?...
16 stycznia AD 2008
Cisza.... tam nigdy nic nie słychać. Nie ma głosów z zewnątrz...

Oczy. Piękne, głębokie. W zasadzie, jakby same źrenice. Ciemne o barwie roztopionego karmelu, bursztynu, kiedy się uśmiechają. Rzadko.... prawie nigdy. Czasem drgną. Skupiają się. Zatrzymują... wiem, że jest już daleko.
Żeby poznać prawdę, nie patrzę w oczy. Wtedy trzeba patrzeć na dłonie.

Udaję, że nie interesuje mnie, co myśli, że mogę przejść nad tym do porządku dziennego. Nieprawda. Nie mogę. Nie potrafię, czy - nie umiem? Nie wiem, która forma jest bardziej trafna – kiedyś była dyskusja na ten temat.

Przyznaję się – nie potrafię. That’s all. Podobno mam niezwykły umysł?
Umysł zniewolony.
Świadomie.
Cytat tygodnia:
Po wznowieniowym spektaklu, Ewa zadzwoniła i na pytanie "jak poszło?" (wyrafinowana subtelność pytania przebijała z każdej literki) odpowiedziała:
- Dobrze, dobrze, trochę zaskakujaco czasem. Dorota mówiła do mnie w monologach o różnych sprawach..., a ja wychwytywałam kluczowe słowa, żeby trafić z odpowiedzią.
13 stycznia AD 2008
Siedzę i gapię się... trochę bezmyślnie - przyznaję. Przede mną napis, który sama sobie powiesiłam : "COŚ BYĆ MUSI DO CHOLERY ZA ZAKRĘTEM.." Pewnie, że jest. Następny zakręt. A potem kolejny i tak raz dokoła... Co za entuzjazm.
Ogladałam wczoraj próbę mojej przyjaciółki. Aktorki. Powinnam dodać to od razu :). Wraca na scenę. "I've come home, at last" - jak zaśpiewała Barbra Streisand
Wola walki...- to przede wszystkim widziałam. Dobry upór. Przyznam, że nie przepadam za takimi tematami. Mordowanie członków rodzin lub ich przyległości doceniam w antyku :) ale... determinacja rozczytania tekstu, poszukiwanie drogi..., no tak!
Środa, 16 stycznia AD 2008
Na stronie Krystyny Jandy ciekawa wypowiedź aktorki na temat granej prze Nią i Aleksandrę Śląską roli Arkadiny w Mewie... także ujmujący komentarz Pani Krystyny Jandy na temat postrzegania przeaz Nie (Jandę i Śląską) kwestii wieku... Jak ja uwielbiam Artystki...! Marzenie. Te subtelności, detale, niuanse, czar...
Kobiety - Aha!

http://www.krystynajanda.net/gram-prawde-o-czlowieku
Czwartek, 17 stycznia AD 2008
"Ty, Yarpen - Yennefer zmrużyła oczy, obracając głowę w stronę krasnoluda - lepiej milcz. Od pierwszego dnia ostentacyjnie traktujesz mnie jak powietrze, więc rób tak dalej i nie przeszkadzaj sobie. Bo mnie to również nie przeszkadza..."
(A. Sapkowski, Ostatnie życzenie). Zawsze podobała mi się ta kwestia.
17 stycznia AD 2008.

Nastrój na dziś:

Nudno jest tu bez ciebie.
Nudno do obłędu!
Jestem jeszcze wraz z wiewiórką i pieskiem,
Piszę, czytam i palę, wciąż mam oczy niebieskie,
Lecz to wszystko tylko siłą rozpędu.

I tak do upojenia. Da capo al fine.
P.S oczy mam nadal zielone. Podobno.
18 stycznia AD 2008
Pozwalam sobie zamieścić tekst ze strony Pani Barbary Bursztynowicz. Bardzo piękny tekst, który cytuję w całości.

Barbara Bursztynowicz - Aktorka
"Po szkole trafiłam do teatru Ateneum, kierowanego przez Janusza Warmińskiego. Tu najważniejszą dla mnie osobą była Aleksandra Śląska, która przez pierwsze lata dyskretnie prowadziła mnie "za rękę". Przy niej czułam się bezpiecznie. To Jej prawdopodobnie zawdzięczam większość swoich ról i często ostateczny ich kształt. Nauczyła mnie pokory i szacunku do zawodu. Dedykuję Jej wszystkie moje role, starając się przemycić choć w jednym zdaniu wypowiedzianym na scenie, charakterystyczny dla niej sposób mówienia albo wykorzystać któryś z Jej szalonych pomysłów. W swoim uporządkowanym, wręcz pedantycznym aktorstwie, gdzie wszystko było dopracowane do najdrobniejszego szczegółu, lubiła wplatać coś absurdalnego, co sprawiało, że była jeszcze bardziej tajemnicza i intrygująca.
W życiu miała niezwykły dar skupiania na sobie uwagi. Banalne zdarzenie umiała opowiedzieć w tak efektowny sposób, że urastało ono do wielkiego wydarzenia.
Potrafiła oddzielić rzeczy istotne, w których była konkretna i stanowcza, zwłaszcza,
gdy chodziło o interes teatru, od rzeczy nieważnych. Nie obchodziły Jej intrygi i plotki, nie prowokowała do zwierzeń. Niezwykle pracowita wymagała od siebie i innych maksimum wysiłku. Narażał Jej się ten, kto tego nie rozumiał. Nie tolerowała bylejakości, tak powszechnej potem, kiedy nie mogła mieć już na to wpływu. Czasami bałam się pani profesor, Jej surowości i perfekcjonizmu, ale ufałam bezgranicznie. Była damą, wybitną aktorką, niezwykłą osobowością, prawdziwie oddanym pedagogiem, sprawiedliwym sędzią (potrafiła uczciwie ocenić sytuację
i ludzi). Była znakomitym partnerem na scenie i w życiu, potrafiła uważnie słuchać,
a odpowiadając, trafiać we właściwy ton. Jako pedagog zmuszała do oryginalnych
rozwiązań, do nieustannego myślenia, aktywności i skupienia na scenie. Aleksandra Śląska była dla mnie wielkim autorytetem, bardzo mi Jej brakuje."

www.barbarabursztynowicz.pl

To nie pomyłka, proszę nie wyłączać!

"Doskonały spektakl Jerzego Gruzy z wybitną rolą Aleksandry Śląskiej.
Osoba sparaliżowana, będąca świadkiem morderstwa lub stająca w obliczu nadchodzącej zbrodni - to klasyczny motyw, występujący w kryminałach. Jego najsłynniejszym przedstawieniem jest chyba Hitchcockowskie "Okno na podwórze", powstałe na podstawie opowiadania jednego z najwybitniejszych twórców literatury kryminalnej, Cornella Woolricha. Podobny pomysł przedstawia spektakl Jerzego Gruzy "Pomyłka, proszę się wyłączyć", będący adaptacją słuchowiska radiowego Lucille Fletcher. Nakręcony według niego w 1948 roku film Anatole'a Litvaka, był wielkim przebojem, a grająca główną rolę Barbara Stanwyck, dostała nominację do Oscara.
W "Pomyłce" przykuta do łóżka Pani Stevenson (wybitna rola Aleksandry Śląskiej) poprzez centralę próbuje zadzwonić do swego męża (Kazimierz Meres). Przez złe połączenie jest świadkiem rozmowy dwóch mężczyzn, którzy planują morderstwo. Po jej zakończeniu rozpaczliwie próbuje uratować potencjalną ofiarę, którą jest kobieta, zamieszkała w okolicy, łudząco podobnej do tej, w której sama mieszka...
Wiele osób uważa kryminał za gatunek z natury błahy: książkę tego typu można co najwyżej zaliczyć w pociągu, a film - obejrzeć i zaraz o nim zapomnieć. Jednak ktoś, kto czytał Raymonda Chandlera, Jamesa Ellroya, Iana Rankina czy chociażby zeszłoroczną, doskonałą powieść Zygmunta Miłoszewskiego "Uwikłanie", wie, iż ten rodzaj literatury może też wiele powiedzieć o czasach, które opisuje, czy też o ludzkiej psychice.
Podobnie rzecz może się mieć ze spektaklem teatralnym, o czym świadczy właśnie "Kobra" Jerzego Gruzy. "Pomyłka, proszę się wyłączyć!" nie dość, że trzyma w napięciu, jak na kryminał przystało, to jest także przygnębiającym spektaklem o samotności, bezradności, strachu i niemożliwości porozumienia z innymi ludźmi. To zasługa Aleksandry Śląskiej, legendarnej aktorki, która gra w "Pomyłce" po prostu wspaniale. Jej kreacja - osoby bezradnej, wystraszonej, będącej na granicy załamania nerwowego, jest idealna: niezwykle przejmująca, ani przez chwilę nie przeszarżowana.
Spektakl Gruzy jest niemal pozbawiony wad. Jedyny minus to postać jednego z bandziorów, który zachowuje się niczym tajemniczy Don Pedro. Warto też zwrócić uwagę, iż w "Pomyłce" pojawia się jako czarny charakter Tadeusz Pluciński, dawny macho polskiego kina. Świetna jest też muzyka (za opracowanie muzyczne odpowiada Stefan Zawarski).
Korzystając z okazji, trzeba wrzucić kolejny kamyczek do ogródka TVP. Z tej samej okazji, co zwykle, aż do znudzenia. Otóż z jednej strony państwowa telewizja karmi ludzi debilnymi zazwyczaj serialami oraz widowiskami telewizyjnymi, w których nieudani artyści, wciągający brzuchy i zakrywający łysiny oraz artystki, desperacko uciekające przed zbliżającym się piątym krzyżykiem, zachowują się jak "naspidowani" gimnazjaliści, a z drugiej - doskonały spektakl teatralny - ta sama telewizornia nadaje o północy. Kto by się przejmował jakąś tam Aleksandrą Śląską, skoro można zobaczyć gwiazdkę jednego sezonu, kręcącą tyłkiem w rytm aktualnego przeboju.
Teatr Telewizji ("Teatr Sensacji Kobra"); "Pomyłka, proszę się wyłączyć!"; czas: 41 minut; autor: Lucille Fletcher; przekład: Mira Michałowska; reżyseria i realizacja tv: Jerzy Gruza; scenografia: Janusz Zygadlewicz; opracowanie muzyczne: Stefan Zawarski; obsada: Aleksandra Śląska (Pani Stevenson) oraz Kazimierz Meres, Mirosława Dubrawska, Alicja Raciszówna, Joanna Jedlewska, Anna Jaraczówna, Barbara Jurewicz, Irena Szczurowska, Emilia Krakowska, Tadeusz Pluciński, Zdzisław Salaburski, Edward Wichura , Juliusz Roland, Hugo Krzyski, Tomek Miłkowski.Premiera: 1966.

Marcin Wandzel, Dziennik Teatralny18 sierpnia 2007

Wpadka! (...) Telewizja live!”. :-)

W repertuarze Kobry znalazły się klasyczne kryminały Agaty Christie, Raymonda Chandlera, Artura Conan Doyle’a, Georges’a Simenona, Josepha Kesselringa. Wystawiano spektakle na podstawie Cyryla Kornblutha i Gore’a Vidala oraz liczne adaptacje utworów Stanisława Lema. Kobry pisali również polscy autorzy, m.in.: Maciej Słomczyński jako Joe Alex, Tadeusz Kwiatkowski jako Noel Randon oraz Feliks Falk vel Robert F. Lane. „Kobra była bardzo popularna. (...) Ludzie się na to spieszyli z pracy, ze spotkań. Ulice wyludniały się (...)” – wspomina reżyser Jerzy Gruza, który 9 stycznia 1964 wyreżyserował dla Teatru Sensacji i Fantastyki sztukę Lucille Flethers Pomyłka, proszę się wyłączyć. Nadawany na żywo spektakl z Aleksandrą Śląską w roli głównej, wywołał panikę wśród samotnych telewidzów i lawinę telefonów do telewizji. Ze spektaklem Pomyłka, proszę się wyłączyć łączy się również zabawna historia, którą Jerzy Gruza opisał w swoim Telewizyjnym alfabecie wspomnień: „Z Mirą Michałowską w teatrze telewizji zrobiliśmy (...) sensacyjny thriller Pomyłka, proszę się wyłączyć, w którym sparaliżowaną kobietę grała Aleksandra Śląska, a mordercę któż by, jak nie Tadeusz Pluciński – czarny charakter scen warszawskich i telewizyjnych. Spektakl szedł na żywo. Przez godzinę bohaterka miota się na łóżku, dzwoniąc do znajomych i przyjaciół, ale nikt jej nie wierzy, że ktoś na nią czyha… i chce ją zabić. Kiedy dzwoni wreszcie telefon z policji, podchodzi morderca i mówi: Pomyłka, proszę się wyłączyć! Kładzie słuchawkę i robi to, co do mordercy należy. Plucińskiemu, który czekał na swoją kwestię przez godzinę pod lampami (szło to wszystko na żywo!) – z gorąca i napięcia tak zaschło w gardle, że kiedy przyszło do powiedzenia tej kluczowej kwestii: Pomyłka, proszę się wyłączyć, wydał z siebie jakiś nieokreślony pisk, rzężenie, długo kaszlał i dopiero coś wymamrotał do słuchawki. Nerwy, upał, zbyt długie czekanie…

Scena Kobra w Fabryce Trzciny

Tekst cytowany z portalu www.e-teatr.pl, poświęcony inauguracji Sceny Kobra w Fabryce Trzciny

"Cel, który przyświeca (...), to nawiązanie do wspaniałych tradycji Telewizyjnego Teatru Sensacji i Fantastyki. - To była nasza specjalność. W ogóle teatr kryminalny. Tego nie było nigdzie na świecie - mówił Andrzej Łapicki, jeden z czołowych twórców Telewizyjnego Teatru Sensacji. W każdy czwartek na ekranach telewizorów pojawiała się czołówka z kobrą, zapowiadająca kryminał, lub przedstawienia fantastyczne pod szyldem Teatru Sfinks. Wtedy wyludniały się ulice, Polacy zasiadali przed telewizorami, by śledzić kryminalne intrygi, czuć zimne dreszcze strachu i próbować odgadnąć, kto zabił... Nadawany na żywo spektakl "Pomyłka, proszę się wyłączyć" z Aleksandrą Śląską w roli głównej był tak sugestywny, że wywołał panikę wśród samotnych telewidzów, którzy dzwonili do telewizji ze strachu przed czyhającym gdzieś w pobliżu mordercą. "

czwartek, 17 stycznia 2008

Cate Blanchett

Nowa absolutnie znakomita jakość aktorska. To MOJE zdanie. Fenomenalne opanowanie warsztatu, świadomość gdzie sie gra, z kim się gra, co się gra i W JAKIEJ SPRAWIE. Obok Meryl Streep i Emmy Thompson, Aktorka, na którą chce się patrzeć, bo ma to sens. Wielka przyszłość już rozpoczęta...
P.S rola w Elizabeth, Złoty Wiek to kreacja - świadomie używam tego słowa.
Wielka rola w kiepskim filmie, to zwycięstwo.

Brak komentarzy:

*** Pewnego lata...

Trzasnęła otwarta okiennica. Przez chwilę chwiała się, poruszana podmuchem. Skrzypiała niemiłosiernie, ale nie było w tym dźwięku irytującej nachalności, raczej przyjazna chęć nawiązania kontaktu z otoczeniem. Cóż, każdy robi to, jak potrafi.
Teresa podniosła głowę znad pasjansa. Nie miała pretensji. Jej wzrok skoncentrował się raczej na powiększającej się szybko ciemnej płaszczyźnie nieba. Na horyzoncie było już prawie granatowe. Spojrzała na stojący w rogu salonu ogromny zegar. Tykał głośno i miarowo. Zdecydowanie nadawał się do porozumienia z okiennicą. Wskazywał piątą.
Przegarnęła jasne, tylko gdzieniegdzie przetykane siwizną włosy. Od lat upinała je w kok, gładko zaczesany nad czołem. Czasem któryś z kosmyków, znudzony monotonią leżenia, wymykał się na świat, szybko jednak bywał przywoływany do porządku. Tylko jedno pasmo miało specjalne względy. To leżące blisko skroni. Siwe, a właściwie złoto-siwe. Opadało miękkim lokiem na oczy, delikatnym załamaniem dotykając policzka. Właściwie nie było nigdy niepokojone, nie trafiało z innymi do szeregu. Czasem odsuwano je miękkim gestem, ale było to raczej zdarzenie niewarte zapamiętania.
Ostry dzwonek telefonu zburzył nieco harmonię cichego popołudnia. Zegar nie przejął się tym bardzo, pozostając w niezmienionym, kosmicznym porządku rzeczy, natomiast okiennica targnęła się nerwowo, uderzając głośno o parapet.
- Dobrze… Nie ma problemu… I tak jeszcze nikogo nie ma. Zaraz, nie... Może to Elżbieta. No, dobrze, to czekam. Do zobaczenia.
Ciche pukanie.
- Proszę, otwarte przecież – rzuciła okiem przez okno.
Na podjeździe stało duże, terenowe auto.

- Szczepan – rozjaśniła się - wejdź
Wysoki mężczyzna stanął niepewnie w progu.
- Dzień dobry! Przepraszam za to nagłe najście, ale myślałem, że zastanę Krystynę. Wspominała kilka dni temu, że się tu wybiera.
- Właśnie dzwoniła, że się spóźni. Wejdź, proszę. Coś ją zatrzymało w pracy. A ty, co? Wziąłeś urlop?
- Parę dni. Zresztą i tak nie wyłączam komórki. To może zaglądnę później? – Poprawił przerzucony nonszalancko przez plecy sweter. Ręce odruchowo cofnęły się w wędrówce do kieszeni dżinsów.
- A gdzie się będziesz przez ten czas włóczył? We wsi nie ma kawiarni. Chyba, że lękiem napawa cię pozostanie sam na sam ze starą kobietą. Siadaj, zrobię ci herbatę.
- Jeśli to nie nadużycie, poproszę o kawę. Czarną. Dziękuję.
Gwałtowny podmuch wiatru wypchnął na zewnątrz firankę. Przez chwile walczyła, nieporadnie zaczepiona o ścianę, ale szybko zrezygnowała. Szczepan zatrzymał się na środku salonu. Onieśmielał go ten dom. Onieśmielała go cisza i Teresa, o pięknych rysach kobiety z innego świata. Wciągnął głęboko powietrze. Było duszne, ale pachniało nieznanym, niepokojącym aromatem drzew i pól. Gęsty od nasycenia zapach kwiatów, zwiastował nadchodzącą burzę. Wychylił się przez okno i odruchowo poprawił powiewającą swobodnie firankę. Wiatr przybrał na sile.
Teresa wróciła, niosąc tacę z filiżankami. Rzucił okiem na serwetki, które położyła przy talerzykach.
- Zapomniałam, że to napój bogów. Dobrze by ci zrobiło, gdybyś od czasu do czasu zrezygnował z kiepskich nawyków. – Nalała kawę z dzbanka. - Co mam z tobą zrobić? Prawo gościa.
- Zrobiłem ci tylko kłopot…- nie mógł oderwać wzroku od jej dłoni.
- Nie żartuj. Nie przyjmuję wizyt zapowiedzianych. Cukier?.
- Dziękuję.
- Zaraz powinny przyjechać.
- Powinny?
Teresa przyjrzała mu się uważniej. Szczepan był chłopakiem jej najmłodszej siostry, znała go od dawna, ale pierwszy raz widziała, żeby był tak spięty. Dłoń leżąca na oparciu fotela wystukiwała nerwowy, szybki rytm.
- Elżbieta też się wybiera. Taki babski zjazd rodzinny. Parę wolnych dni i od razu wszyscy przypominają sobie, gdzie jest najprzyjemniej.
- Dziwisz się? – Rozluźnił się nieco. - Takie miejsce. Teraz byle burak kupuje dwór i robi się dziedzicem. Szlachectwo staje się trendy.
- Zauważyłam. Ale to dobrze. Jeśli tylko znajdą się ludzie, którzy odrestaurują i zadbają. Szkoda takich miejsc. Tu zresztą też przydałby się solidny remont. Od lat nie ruszałam pokoi na górze. Dach przecieka nad oborą, psy pchają się do domu, a ja nie mam sumienia trzymać ich na dworze… Wszyscy wyciągają ręce po pomoc. Po ostatniej powodzi cztery rodziny straciły domy, jak w takiej sytuacji myśleć o sobie?
- Nie dostaliście ekwiwalentów?
- Szczepan, oni wszyscy nie byli ubezpieczeni, wiesz, co to znaczy?
- Katastrofa – sięgnął po filiżankę.
- To nie są wielkie pieniądze, ale kiedy trzeba wyjąć je z kieszeni, nikt nie myśli o przyszłości, o tym, że może nadejść taki właśnie moment… Jeśli matka ma zapłacić za podręczniki jednego dziecka 500 zł, jak zmusisz ją do ubezpieczenia domu? Ona po prostu myśli tylko o tym, co teraz.
Teresa odsunęła z czoła kosmyk.
Zapatrzył się. Na ten ruch miękki i szlachetny, na doskonałość profilu i leciutką siatkę zmarszczek wokół pięknych oczu. Poczuł się głupio w drogiej koszuli w cienkie granatowe paski, w dżinsach za 1000 zł… Poczuł się niezręcznie, niestosownie… nie tak.
Wyczuła to instynktownie. Uśmiechnęła się ciepło i wstając położyła mu dłoń na ręce.



Światła ciągnęły się niemiłosiernie. Sznur samochodów powiększał się z minuty na minutę. Nerwowość drgała w powietrzu razem z narastającym, gorącym, oddechem nadchodzącej burzy. Gabriela spojrzała odruchowo na połyskujący na ręce złoty zegarek. Beznamiętny wzrok przeniosła na unoszące się w powietrzu suche liście. Poderwały się przed chwilą i wirowały nad jezdnią, niesione mocnym podmuchem wiatru. Rozchyliła lekko usta, koniuszkiem języka dotykając górnej wargi. Uśmiechnęła się do siebie. Wyczuła raczej, niż zauważyła natarczywe spojrzenie posłane z sąsiedniego samochodu. Odruchowo zsunęła okulary słoneczne. Światło zmieniło się na zielone.



- Nie irytuje cię to?
- Co?
- Ta nowa arystokracja. To pokolenie chamów, które staje się elitą.
Teresa z coraz większym niepokojem patrzyła na przechylające się pod naporem wiatru, korony potężnych jesionów, zdobiących aleję prowadzącą do dworu.
- Kochanie, to nieuniknione. Ja już wyzbyłam się złudzeń i niechęci do ludzi. Każdy żyje tak, jak potrafi.
- Myślę, że twój optymizm wynika z bycia tu i teraz. Żyjąc w mieście szybko zmieniłabyś zdanie.
Przytłumiony dźwięk silnika odwrócił na moment uwagę. Drzwi otwarły się gwałtownie.
- Jezus Maria, jakie korki! Będzie lało, bo wszyscy jeżdżą jak debile. Cześć Szczepan. Ty też samochodem? Kryśka już jest?
Wydawało się niemożliwe, że ta drobna brunetka o subtelnych rysach była w stanie w takim tempie wyrzucać z siebie informacje. Elżbieta – trzecia, w kolejności starszeństwa, siostra Sieniawska wpadła do pokoju z energią pioruna kulistego. Jakby na potwierdzenie jej słów głuchy grzmot ostrzegawczo przewalił się nad lasem. Elżbieta cmoknęła siostrę w policzek i przywitała się ze Szczepanem. Jako jedyna z sióstr nie wywoływała w nim onieśmielenia. No, może poza Krystyną, którą zdążył już dobrze poznać i przyzwyczaić się.

Elżbieta nie była podobna do Teresy. Ciemna, drobna, z wielkimi zielonymi oczami prześlicznym uśmiechem, pełna życia i radości przypominała zbuntowanego, zawadiackiego chłopaczka z dobrego domu. Ciężko było nawet określić ile ma lat. Mogła mieć zarówno dwadzieścia jak i koło czterdziestki. Kręciła się chwilę po pokoju w poszukiwaniu łyżeczki, znalazła i nawet na moment nie siadając, nalała sobie kawę. Serwetkę jednak wzięła do ręki. Teresa z uśmiechem przyglądała się siostrze.
-Właśnie na nią czekamy.
-To nie przyjechaliście razem? – Elżbieta dosypała sobie lekką ręką łyżeczkę cukru. Ciemne włosy opadały jej na oczy tworząc wrażenie pozornego bałaganu. Co chwilę zerkała przez okno.
-Tak jakoś wyszło. Zrobię jej niespodziankę. – Zastanowiła go ta nerwowa kontrola stanu pogody.
Elżbieta westchnęła komicznie
- Żeby tylko szoku nie doznała. Boże, Teresa, jak ja się cieszę, że ty masz ten dom! Zazdroszczę ci tego leniwego, sielskiego, wiejskiego życia! Ale wczoraj numer nieprzeciętny miałam. Przyjechała ciotka Jaśka, tak na dwa dni. Kobiecinka, ja wiem, jakieś siedemdziesiąt parę lat. No i elegancko. Rano nas poinformowała, że idzie do kościoła. Jasiek coś tam mruknął o praktykach dewocyjnych, nieważne. Ciocia poszła. Wraca za godzinę i awantura. Do Jaśka z pretensjami. Facet stoi, wiecie, że on raczej jest wolnomyśliciel, a ciotka prawie ze łzami w oczach do niego, że jak on mógł jej tak pozwolić wyjść. No, to mnie już zaintrygowało, więc wypadłam z kuchni, a ona mu macha przed oczami czajnikiem z gwizdkiem, że z nim zamiast z torebką poszła do kościoła i nikt jej nie powiedział. Macie pojęcie? Jezu, Teresa, bosko tu jest!
-Idę pozamykać okna na górze. Coś mi się wydaje, że nas nie minie. Żeby tylko Krystyna zdążyła przed deszczem.
- Nie przypuszczałam, ze cię tu zastanę – powiedziała Elżbieta szczerze.
- Zaburzyłem układ?
- Głupio gadasz, wiesz? – Obruszyła się – Myślałam, że jesteś zagranica. Kryśka coś wspominała.
Szczepan przymknął okno. Elżbieta zastanawiała się, czy zrobił to, żeby odwlec odpowiedź, czy też z troski o stan szyb. Znad filiżanki zerkała jak mocuje się z haczykiem okiennicy. Był bardzo przystojny. Nawet za bardzo. Kiedyś określiła go nawet mianem dekoracyjnego. Świetnie zbudowany, wysoki, bardzo męski. Krystyna lubiła się nim popisywać. Stanowili dziwną parę. Ona nauczycielka on rekin biznesu. Mimo to, ciągle byli razem.
- Byłem, to prawda – oparł się o parapet – myślałem, że potrwa to dłużej. Nie wiedziałem, że wpadnę w środek zjazdu rodzinnego.
Lubiła jego uśmiech. Szeroki, bardzo szczery. Był przeciwieństwem pozy, którą reprezentował na zewnątrz.
-Jak się układa? – Zaryzykowała.
-Dlaczego pytasz?
-Oj, Szczepan, jeśli odpowiadasz pytaniem na pytanie, to znaczy, że chcesz przemyśleć odpowiedź i zyskać na czasie.
- Różnie bywa. Jak to między ludźmi.
- Pytałam nadal o pracę.
Pokiwał głową. Ocenił stan włoskich mokasynów. Już się nie uśmiechał.
- Masz rację. Coś się nie układa. Dlatego przyjechałem…
Przesunął dłonią po biodrze. Nagle się postarzał. To znaczy, nagle zaczął wyglądać na swoje trzydzieści osiem lat. W jednej chwili stracił blask i pewność siebie.
- Wyjaśni się – powiedziała ciepło. – Nie chciałam cie sprowokować.
- Elżbieta… - zaczął nagle bardzo mocno.
Gwałtowny podmuch wiatru otworzył okna na oścież. Zrzucona podmuchem doniczka rozbiła się z trzaskiem na podłodze. Przeciąg wywołany otwarciem drzwi szalał po salonie pustosząc wszystko.
- Jezus, rusz się! Zamykaj! – Elżbieta rzuciła się w stronę okna.
- Nic dobrego z tej pogody nie wyniknie. – Powiedziała lekko Krystyna. Spokojnie domknęła drzwi i zdjęła jasnokremowy cienki sweter. Jeszcze w ostatniej chwili rzuciła spojrzenie w lustro i poprawiła włosy. - A co ty tutaj robisz? Myślałam, że wracasz z Rzymu dopiero za tydzień.
-A nie mówiłam, że się ucieszy? – Elżbieta pozbierała resztki doniczki – postarajcie się nie roznieść ziemi zaraz to pozamiatam. – Wyszła do kuchni.
Krystyna rozejrzała się po pokoju. Nie wydawała się zainteresowana ani specjalnie poruszona obecnością Szczepana. Z rysów przypominała nieco Teresę, ale odróżniał ją ironiczny grymas, który zastygł wokół ust powiększającą się z czasem zmarszczką.
Krystyna była prowokacyjnie atrakcyjną blondynką, pewną swojej urody i inteligencji. Wyglądała na świetnie zarabiającą dziennikarkę, nie nauczycielkę, którą została, bo wszystko w swoim życiu robiła na przekór. Uczenie było grymasem, pozwalającym na utrzymanie niezobowiązującego stylu życia. Mogła mieć wszystko i zawsze miała. Tak, jak przystojnego, bogatego pracownika koncernu naftowego, którego poznała na przyjęciu u koleżanki. Oczywiście nie koleżanki z pracy. Był zajęty, ale odbicie go mało atrakcyjnej dziewczynie, na którą średnio zwracał uwagę nie trwało długo.
-Podpisałem umowę znacznie wcześniej i postanowiłem wpaść do ciebie.
-Wiesz, że nie będziemy sami?
-Wiem. Ale nawet, jeśli, to dobrze nam zrobi parę dni odpoczynku. Powinniśmy...
- Nie zaczynaj – skrzywiła się – miałam męczący dzień. Jest długi weekend…
- Jak chcesz – odwrócił się i wyszedł na werandę.
Granatowe niebo przecięła właśnie błyskawica. Jaskrawy rozprysk złotych żyłek rozciągnął się po całym horyzoncie. Zaraz potem huknął piorun. Szczepan wystawił twarz na podmuchy wiatru. Potężna fala gorącego powietrza prawie odbierała dech, mimo to nie cofnął się.



- Słuchajcie, z tamtej strony jest zupełnie granatowo.- Teresa zapaliła stojące lampy. Pokój natychmiast wypełnił się przytulnym, ciepłym światłem.- Dobrze, że nie złapało cię w drodze. O, już się zaczęło.- Szczepan, gdzie?
- Wyszedł po coś do samochodu – Krystyna nawijała na palec długi jasny kosmyk. – Masz tam coś ciekawego? – Odwróciła się do Elżbiety, która z coraz większym niepokojem przyglądała się nadciągającej nawałnicy. - Oczywiście – nie starała się nawet ukryć lekceważenia, widząc jak Szczepan wchodzi do pokoju z laptopem.
Elżbieta oderwała się od okna. Teresa zaciągnęła story, odcinając pokój od szalejącej na dworze wichury. Nagle zrobiło się bezpiecznie.
- A może zagramy w coś? Jest nas akurat tyle...
- Teresa, błagam cię, nie zaczynaj z tymi przedwojennymi zapełniaczami czasu. Idę wziąć prysznic, padam. – Krystyna podniosła się z fotela. Szczepan pokręcił głową. Nie lubił tego lekceważącego tonu. Elżbieta nie miała zamiaru puścić mimo uszu zaczepki.
- Musiałaś jej to powiedzieć, prawda?
- O co ci chodzi? – Krystyna wzruszyła ramionami
-Ewidentnie burza... – Szczepan nachylił się do ucha Teresy. Podziwiał jej opanowanie i spokój. Gdyby piorun uderzył w środek stołu, poszłaby zapewne po miotłę
Nie ma problemu.- Powiedziała - To ja w takim razie idę do kuchni, zrobię ciasto i wszystkim poprawi się humor. Szczepan, włącz radio.
- W czasie burzy? – Wzdrygnęła się odruchowo Krystyna
- Zamontowałam listwy. Nic się nie stanie. – Machnęła uspokajająco ręka znikając w czeluściach dworu.
Elżbieta z niesmakiem spojrzała na siostrę.
- Po co ty się jej tak czepiasz? Jakoś specjalnie irytuje cię fakt, że to ona tu mieszka, a ty w bloku w Warszawie?
Krystyna zmrużyła lekko oczy. Nie miała ochoty na dyskusje.
- Po prostu nie lubię tej jej nadopiekuńczości.
- Ty chyba przewrażliwiona jesteś, wiesz?
- Nie lubię i już. Nic na to nie poradzę. Całe dnie spędzam w kołowrocie i kiedy tu przyjeżdżam po prostu nie chcę, żeby ktoś organizował mi życie. Nawet w najlepszej wierze.
- Kryśka, ty wyluzuj trochę, co? Jakie organizował? Uspokój się, siadaj i daj sobie chwilę pomyśleć. Nie było dzwonka. Nie stój na baczność. Wolne masz, rozumiesz? W o l n e. Facet do ciebie przyjechał, burza na dworze. Spokój.
- Szczepan, mam nadzieję, że przywiozłeś ze sobą szczoteczkę do zębów – Teresa niespodziewanie pojawiła się w progu - Zdaje się, że jesteśmy odcięci od świata. Dzwoniła sąsiadka, że przy wjeździe powaliło drzewo i akurat całkowicie zatarasowało dojazd do dworu. Jak przestanie padać podejdziemy zobaczyć, czy nie ma jakichś szkód.
Szczepan skinął w milczeniu głową. Od kilku minut wyłączył się zupełnie. Z laptopem na kolanach…
Elżbieta spojrzała na zegarek i sięgnęła po komórkę. Krystyna wyrwała jej z ręki aparat.
- Życie ci zbrzydło?
- Cholera, to jak ona się dostanie? Tu nie ma żadnego objazdu. – Elżbieta przygryzła nerwowo wargi.
- Kto? – Nie zrozumiała Teresa..
Szczepan podniósł głowę znad klawiatury. Z napięciem wpatrywał się w twarz Elżbiety. Za oknem zrobiło się zupełnie ciemno. Elżbieta wzięła głęboki oddech. Szukała ratunku w spokojnym spojrzeniu Teresy, ale nagle zupełnie nieoczekiwanie odwróciła wzrok na Szczepana.
- Gabriela. Powiedziałam jej, że... – Zaczęła, patrząc mu prosto w oczy. Wiedział, że był to czysty przypadek. Krystyna aż się sprężyła w sobie.
- Zaprosiłaś Gabrielę? Oszalałaś?!- Syknęła wściekle – Szczepan, podaj mi papierosa.- Odrzuciła z ramion długie, jasne włosy. Z wyraźną irytacją wypuściła nosem dwie cienkie smużki dymu.
- O co ci znowu chodzi?
- To nie miał być wieczór z gwiazdą, tylko przyjemny, relaksujący, długi weekend!
- Kompletnie ci już odwala! – Elżbieta wzruszyła ramionami.
Podeszła i oparła się o fotel, na którym siedział Szczepan. Chciał wstać, ale przytrzymała go ręką. Nie zwracała już uwagi na dziwne rozdrażnienie siostry, skupiona na potęgującej się nawałnicy. Szczepan odruchowo spojrzał w okno.
- Poza tym… - Krystyna nieco ściszyła głos- nie jesteśmy same.
Szczepan uśmiechnął się pod nosem.
- Ja się chętnie prześpię w altanie, jeśli to jakiś kłopot. Mógłbym wyjechać, ale wynika z komunikatu, że mam kiepskie szanse.
- Kryśka, o co ci chodzi? – Elżbieta usiadła na oparciu fotela. Szczepan zamknął komputer. Pomyślał o jej zupełnie naturalnej bezpośredniości i zrobiło mu się nagle weselej. Spod oka zerknął na Teresę. Nie brała udziału w dyskusji, zupełnie, jakby była w innej rzeczywistości. Nie pamiętał żeby kiedykolwiek się denerwowała. Doskonale jednak pamiętał wyraz jej oczu.
- Nie wytrzymasz czterech dni bez kłótni? Potraktuj to jak rekolekcje. Gabriela ma prawo tu być tak samo, jak każda z nas. Nikogo nie zabiła, nie ukrywa się, a my nie wspomagamy przestępcy. Śpi długo, pracuje w nocy. Dokładnie odwrotnie niż ty, nawet się nie będziecie spotykać.
Krystyna wstała. Była wysoka, smukła, miała świetnie wypracowaną ćwiczeniami figurę. Robiła wszystko, żeby utrzymywać się w formie. Potrzebowała zainteresowania, jak powietrza.
- Doskonale wiesz, o czym mówię. Niedostępna, wyniosła, boska… aura tajemniczości i dekadencji, a do tego jeszcze jest się przed kim popisać. Nie znoszę tego!
-Teresa, powiedz coś, bo mnie odbiera mowę. Kiedy ty ją widziałaś ostatnio?
-Tydzień temu, w telewizji.
Fala deszczu uderzyła o szyby. Mimo napiętej nieco atmosfery, salon oświetlony ciepłym światłem wydawał się ostoją spokoju i bezpieczeństwa. Gdzieś na zewnątrz szalała burza, a dwór trwał niewzruszony i pewny, milczący i zdecydowanie bezstronny. Teresa poprawiła włosy. Przez chwilę milczała, wsłuchana w odgłosy wiatru.
- Bardzo dobrze zrobiłaś. – Odezwała się w końcu - Powinnam jej to sama zaproponować, ale nie wiedziałam czy znajdzie czas. Zupełnie wyleciało mi to z głowy.
- A wiesz, że ten chirurg z serialu naprawdę jest tylko aktorem? – Elżbieta oparła się na ramieniu Szczepana. Krystyna zignorowała ten fakt kompletnie. Paliła papierosa tak, jakby miała zostać za chwile wyprowadzona na rozstrzelanie.
- Naprawdę? A głowę dałbym…
- Bardzo śmieszne! Sama zobaczysz. Będziemy cztery dni trenować te spóźnione wejścia na śniadanie, czarną, mocną kawę i zachwyty nad pięknem przyrody. Wszystko oczywiście w doskonałym stylu i w pełnym makijażu. Szczepan przerobi wszystkie etapy powłóczystych spojrzeń, mrugania rzęsami i zakładania nogi na nogę.
- Jesteś o niego zazdrosna? Nie wierzę! – Elżbieta parsknęła szczerym śmiechem. - Trzeba go było zaszczepić. Jeśli jesteś dobrą kobietą, twoje modlitwy zostaną wysłuchane, a Gabriela ugrzęźnie w błocie tuż przed zwalonym w poprzek jesionem, zaczynaj!
Krystyna posłała jej wściekłe spojrzenie. Nie kryła zdenerwowania.
- Zawołajcie mnie, jak będzie po wszystkim. – Powiedziała wychodząc do kuchni. Teresa uniosła lekko brwi i poszła za nią. Elżbieta rozłożyła bezradnie ręce.
- Jest aż tak źle? – Zapytał Szczepan.
Wstała.
- Nigdy nie było specjalnie dobrze, ale też od dawna nie spotykały się na jednym ringu.
- To tajemnica, czy wiadomo, o co poszło?
- Wiesz co? Absolutnie nie mam pojęcia! Może to po prostu zazdrość? Gabriela ma wygodne życie, Kryśka zawsze lubiła błyszczeć. Na dodatek Gabriela…, a zresztą zobaczysz, co cię będę uprzedzała. Przepraszam na chwilę.
Szczepan wyciągnął się na fotelu. Zamknął oczy.
Z kuchni dochodziły podniesione głosy, ale nie zastanawiał się nad tym. Powoli wszystko się w nim rozluźniało. Jedynie uparta myśl, która od czasu do czasu powracała, powodowała, że na czole pojawiała mu się pionowa zmarszczka. Były to jednak tylko ułamki sekundy.
- Nie będę się starała. Teresa, daj mi spokój. Niedobrze mi się robi od tej sielanki. – Mimowolnie rozróżnił Krystynę
-Będziesz musiała.- Głos Teresy zabrzmiał niespodziewanie twardo - Jeśli oczywiście Gabriela tu dotrze. Póki co, to ja zdecyduję o atmosferze. Możesz oczywiście próbować się wydostać, ale…
Reszta zdania zginęła zagłuszona kolejnym potężnym grzmotem. Fala zimnego, wilgotnego powietrza przepłynęła nagle przez salon. Szczepan odwrócił się. Wstał odruchowo. Gabriela, nie zważając na piękny, beżowy kostium, trzymała pod pachą kompletnie przemokniętego szczeniaka.
Nie bardzo wiedział, co ma zrobić. Czy wziąć od niej psiaka, czy odebrać parasolkę. Nie wydawała się bezradna. Odsunęła opadające na oczy wilgotne, lekko falujące włosy i przykucnąwszy postawiła psa. Posłała Szczepanowi lekki uśmiech, widząc, jak stoi kompletnie oszołomiony.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry – odezwał się w końcu.
- Zostawiły cię samego?
- Tak. To znaczy nie, na moment wyszły do kuchni. – Patrzył, jak zdejmuje marynarkę.
Podszedł i pomógł zawiesić ją na haczyku. Pachniała niezwykłą kompozycją orientalnych perfum. Mocny, ale nie nachalny zapach gorącej pustyni, wiatru niosącego uspokojenie, zapach drzewa sandałowego, tego wszystkiego, co stanowi zmysłową kwintesencję Bliskiego Wschodu.
- Wszystkie trzy? – Uśmiechnęła się znacząco.
- Proszę nie pytać
- Proszę nie mówić – mrugnęła.
Rozglądała się po salonie, jak człowiek, który dawno nie widział ukochanych miejsc. Dotykała z czułością sprzętów, przesuwając dłonią po skórzanych oparciach krzeseł. Zatrzymała się chwilę przed obrazem przedstawiającym ułana i dziewczynę. Uśmiechnęła, odsuwając włosy z czoła. W tym geście przypominała Teresę. Była zdecydowanie najwyższa i najbardziej smukła z sióstr. Brunetka jak Elżbieta, choć jej jasna , delikatna cera sprawiała wrażenie, że włosy ma prawie czarne. Zwrócił uwagę na oczy. Bardzo błyszczące, zielone o niepokojącym, orientalnym kształcie, z lekko podpuchniętymi dolnymi powiekami. Przenikliwe i uważne. Oczy, w których można było się kompletnie zatracić. Miała podobnie jak Teresa piękne w kształcie dłonie, nieco bardziej nerwowe, niespokojne, o długich smukłych palcach. Sylwetką gasiła nawet Krystynę.
Pomyślał, że jest coś żałosnego w tej obserwacji. Stał bezradnie, przesuwając dłonią po policzku. Gabriela najdoskonalej elegancko go ignorowała. Chciał się odezwać w miarę inteligentnie, z czym zwykle nie miewał problemów, ale w jej obecności wszystko sprawiało mu trudność.
- Gabriela! – Elżbieta przyszła w sukurs, deus ex machina .
- Boże, jak dawno mnie tu nie było… - Gabriela przytuliła siostrę. - Nareszcie. Cześć kochanie. Ciasto pachnie. Zupełnie jak kiedyś. Teresa! – Rozjaśniła się na widok wchodzącej.
Za nią w drzwiach pojawiła się Krystyna. Kurtuazyjne muśnięcie powietrza wokół kolczyka Gabrieli było jedynym rozwiązaniem kwestii powitania.
- Podobno drzewo spadło na drogę? – Krystyna taksowała siostrę uważnym spojrzeniem. Ani jedna zmarszczka czy przebarwienie na skórze nie uszło jej uwadze. Płaski, złoty zegarek został oszacowany tak samo dokładnie jak szczupłe kostki nóg.
- Spadło. Bardzo malowniczo i w całej rozciągłości. – Gabriela nie wydawała się przejmować. - Zdaje się też, że dosyć skutecznie.
- To jak przeszłaś?
- Noszę w torebce damską piłę mechaniczną. Kupiłam w tele-zakupach. Parę niewinnych ruchów i było po sprawie. Spadło za mną. Gdyby mi się but rozwiązał, to, kto wie... Ach, widzę ten źle ukrywany żal w oczach...
- Dobra, bardzo śmieszne. Wy się znacie? – Krystyna w porę przypomniała sobie o istnieniu Szczepana. Wszyscy wiedzieli, że zrobiła to tylko dlatego, żeby przebić wartość. Szczepan miał 190 cm wzrostu i chmurną urodę podkreśloną trzydniowym zarostem. Mógł spokojnie rywalizować z zegarkiem.- Spotkaliście się na jakiejś uroczystości rodzinnej, ale nie wiem, czy ty zatrzymujesz w pamięci takie szczegóły.
Elżbieta postawiła na stole dzbanek. Mocny zapach świeżo parzonej kawy połączył się przyjemnie z orientalną nutą perfum Gabrieli, wciąż wypełniającą pokój.
- Ignoruj ją. Kryśka jest przemęczona, bo dwóch uczniów wypchnęło się z okna na dużej przerwie, a ona miała dyżur. To jest Szczepan.
Drgnął.
- Faktycznie, spotkaliśmy się kiedyś.
- Być może. – Powiedziała bardzo swobodnie
- Masz dość niezwykłe imię.
- Właśnie miałem to samo powiedzieć. W tej rodzinie kobiety mają imiona raczej dość...
- Pospolite.- Weszła mu w zdanie Krystyna.
Gabriela zmrużyła lekko oczy. Kącik jej ust bezwiednie ułożył się w grymas miedzy ironią a rozbawieniem.
- A tu nagle dość zaskakująca odmiana.- Nie zauważył nawet, że Elżbieta przygląda mu się rozbawiona. Przed sobą widział tylko uważnie skoncentrowane oczy Gabrieli.
- Gabriela po prostu miała szczęście, że trafiła na romantyczny okres w życiu rodziców. Niestety nigdy już się nie powtórzył.
Zrobiła się nagle niezręczna cisza. Teresa wzięła na ręce zapomnianego, zziębniętego szczeniaka, który usnął pod stołem. Gabriela odwróciła wzrok w stronę Krystyny. Przez chwile wydawało się, że odpowie ostro, albo uderzy wyrafinowaną, ciętą ripostą. Jej spokojny ton zaskoczył.
- Tego też nie możesz mi wybaczyć, prawda?- Powiedziała cicho
- Matko kochana! Ciasto! – Teresa podrzuciła psiaka zdezorientowanemu Szczepanowi i wybiegła z pokoju.
Atmosfera momentalnie zelżała. Gabriela wyciągnęła ręce po psa. Szczeniak mrucząc przez sen wsadził nos pod jej pachę i posapywał głośno. Gładziła go delikatnie po małym łepku.
Promień zachodzącego słońca rozświetlił nagle pokój, kładąc się jasną plamą na podłodze. Elżbieta otwarła drzwi na werandę.
- Przestało padać. Boże, jakie powietrze! Założę się, że jutro rano obudzi się tylko Teresa i kury, reszta mieszczan dośpi snem kamiennym do południa. Przynajmniej ja robię takie założenie.
- Pozwolisz – Gabriela pokazała oczami śpiącego psa – połóż go w koszyku na werandzie – zniżyła głos do szeptu. -Nie zamierzam w ogóle spać. Odkąd pamiętam, w czerwcu i lipcu były tu najpiękniejsze noce. Te zapachy, dźwięki... Szkoda każdej chwili. – Wstała, otrzepując spódnicę.
- „Dramat układasz”...- Skrzywiła się Krystyna.
Gabriela nie zareagowała. Oparta o futrynę zapatrzyła się w przestrzeń sadu. Wyłączyła zupełnie. Końcem języka dotknęła górnej wargi. Odruchowo. Bezwiednie. Myślała o tych wszystkich chwilach, które spędziła w tym dworze.
- Gdybym tylko potrafiła.- Powiedziała do siebie.
Nasycone ozonem powietrze pachniało ostro i gwałtownie. Elżbieta usiadła na stopniach werandy. Szczepan i Krystyna wymienili spojrzenia, ale żadne z nich nie zdecydowało się na cieplejszy gest. Odwrócili wzrok zażenowani i spięci. Krystyna minęła Gabrielę i usadowiła się w wiklinowym fotelu. Wolno zapaliła papierosa i wypuściła dym odchylając głowę na oparcie.
- Trzy siostry. Właściwie cztery. – Uśmiechnął się Szczepan - I wiśniowy sad.
- Trzy siostry i Raniewska – Krystyna machnęła dłonią w kierunku kuchni
- I wujaszek Wania! – Roześmiała się Elżbieta podpierając na łokciach.
- Masz jakiś pomysł? – Gabriela założyła ręce i spojrzała na Szczepana. Słońce nisko zawieszone nad lasem załamywało się w jej czarnych włosach ładnymi złotymi refleksami.
- Idiota?
- Boleśnie
- Wojna i pokój?
- Trafnie. – Pokiwała głową - Ale bardziej dla siebie.
- Kariera Nikodema Dyzmy
- Aż tak się cenisz? –Roześmiała się – Ryzykant. W takim razie pójdę vabank i zapytam: A dla mnie?
- Anna Karenina.
Usłyszał się, ale było już za późno. Na twarzy Gabrieli pojawił się wyraz zaskoczenia i lekkiego zmieszania. Trwało to zaledwie moment.
- Widzę kochanie, że pozostajesz w sferze szkolnego kanonu lektur. – Krystyna założyła nogę na nogę - Do ciebie bardziej pasowałby Wokulski. Też na oślep pchał się w wyższe sfery. Co do mojej siostry, proponowałabym raczej bardziej kultowe rozwiązanie. Medialne i popularne, żeby nie rzec - populistyczne
- Teraz się dowiemy – mruknęła Elżbieta - Jakieś propozycje?
Krystyna zaciągnęła się papierosem. Celebrowała ciszę.
- Yennefer… – powiedziała.
- Chodziło ci o moje zdolności? – Gabriela uśmiechnęła się lekko
- Raczej o fakt, że jesteś zimna jak lód.
- Auuć...- Elżbieta spojrzała niespokojnie na Gabrielę. Porównanie ze względu na jej urodę było niewątpliwie słuszne. Chodziło jednak o coś znacznie więcej.
Gabriela ledwo dostrzegalnie przygryzła wargi.
- Coś w tym jest – podniosła głowę. Jej wzrok napotkał przepraszające spojrzenie Szczepana. Odpowiedziała obojętnością i chłodem. Ma pełne prawo - pomyślał
- Zdaje się, że miałem sprawdzić stan drzew... - Ruszył w kierunku sadu.

Gdyby nie jesion zniknąłby z tego domu natychmiast. Czuł, że wywołał jakąś bolesną w skutkach wymianę zdań. Nie chciał zrobić jej przykrości.
Yennefer… myślał schodząc mokrą aleją w dół sadu. Musiał sprawdzić o co chodzi. Yennefer… wiedział tylko, że była zjawiskowo piękną czarodziejką z kultowej powieści.

Połamane gałęzie leżały wszędzie. Burza zmiotła krzew jaśminu i stał teraz pochylony w żalu nad pogubionymi płatkami. Yennefer… brzmiało mu w uszach intrygująco i niepokojąco. Dziwnie. Krystyna nie prawiłaby siostrze komplementów…Natarczywy obraz zmieszanej Gabrieli nie znikał mu sprzed oczu. Było w niej coś zaskakującego. To już wiedział. Myślał o jej nerwowych dłoniach, o niesamowitych oczach.
Myślał, że bez względu na wszystko, chciałby już wrócić i znaleźć się w jej towarzystwie.

- Też pójdę. I tak nie mam tu wiele do roboty.- Krystyna podniosła się z fotela
Elżbieta odzyskała w końcu mowę.
- Miałaś strasznie brać prysznic, - krzyknęła za nią - ale racja – uszargasz się jeszcze odwalając to drzewo z drogi. Tylko potem nie zapomnij zmyć jadu z kącików ust!
- Daj jej spokój. To był kiepski pomysł. Nie naprawi się tylu lat jednym ruchem.- Gabriela przetarła czoło dłonią. Wyglądała na zmęczoną i przygaszoną. -Nie wiedziałam, że nadal są razem.
- Są i nie są. Za stara jestem na te współczesne związki. Szczepan to dobry facet. Trochę pogubiony, ale w porządku. Pogubiony! Co ja bredzę?! Gdybym dziennie przewalała tyle kasy, co on, musieliby mnie wieczorami reanimować. Kryśce zdaje się najbardziej odpowiada jego stan konta, wzrost i wizaż.
- Nie sądzę, żeby była aż tak małostkowa.
- Nie wierzę, że jej bronisz. Co u ciebie?
Gabriela zawahała się na moment. Mogła odpowiedzieć, że po staremu, że wszystko układa się dobrze. Wydawca pyta o nową książkę, bo już chce startować z promocją, konto pokaźnie rośnie, zmieniła samochód… zamiast tego spojrzała w ostatnie już smugi czerwieniejącego słońca.
- Boże, jaki tu jest spokój…
Elżbieta nie ponowiła pytania. Znała dobrze Gabrielę, wiedziała, że jeśli nie odpowiedziała wprost, nie należy nalegać. Zegar tykał miarowo i dostojnie.

Szczepan i Krystyna stali w szarzejącym zarysie alei. Wyglądali jak ludzie, którzy niewiele maja sobie do powiedzenia. Szczepan nieruchomy, z założonymi rękami , Krystyna bawiła się podniesioną z ziemi złamaną gałęzią jaśminu.
- Dobrze go znasz?
Elżbieta spojrzała na siostrę zaskoczona. Gabriela sprawiała wrażenie, jakby pytanie zadała swoim myślom.
- Tyle, co przez Krystynę…, czemu?
- Nie wiem… tak zapytałam… - Gabriela odzyskała świadomość rzeczywistości. – Biedny człowiek sam…z czterema kobietami… współczuję…

Elżbieta westchnęła. Czasem trudno było jej nadążyć za tokiem rozumowania siostry. Mimo niewielkiej różnicy wieku. Gabriela od zawsze miała swój świat. Bardzo delikatny i poetycki. Niewiele osób miało do niego wstęp. Jej niesamowite, głębokie spojrzenie sprawiało wrażenie, jakby widziało więcej, szerzej, dalej. Była z pozoru twarda i niedostępna, ale Bóg jeden i chyba Teresa wiedzieli, jak delikatną ma naturę. Mężczyźni uwielbiali ją i porzucali natychmiast, gdy odwracała się w ich kierunku. Miała dziwne szczęście do egocentryków i cyników obdarzonych zarazem naturalną skłonnością do bicia i nadużywania alkoholu. Nigdy się nie skarżyła, zamykając w przestrzeni swoich książek, innego, odrealnionego świata.
Teresa weszła na gęstą, brzmiącą ciszę. Gabriela siedziała na fotelu z podkulonymi nogami, Elżbieta w swobodnej pozie opierała się o schody werandy. Powolny zmierzch wypełniał sad, zacierając kontury drzew, nadając im niesamowite kształty. Gabriela podniosła głowę. Łagodny uśmiech pojawił się nagle na jej twarzy. Wyglądała jak ktoś, kto posiada dar widzenia rzeczy niezwykłych. Teresa przechodząc pocałowała ją delikatnie w głowę.
- Wypłoszyłyście kochanków? – Zapytała
Elżbieta przeciągnęła się leniwie. Wyjęła z kieszeni komórkę i sprawdził godzinę.
- Poszli oszacować straty w drzewostanie
- O Matko, zapomniałam! – Teresa zaaferowana położyła sobie dłoń na ustach - To ja powinnam zrobić. Weźcie sobie ciasto! Na rano będzie do kawy też drożdżowe.
- Jak kombajn Wiejskiej Spółdzielni Spożywców – pokręciła głową Elżbieta, patrząc za znikającą w mroku Teresą – co za przerób! Kochanie… - uśmiechnęła się do Gabrieli – wróć na ziemię. Jak się czujesz? - Gabriela wciągnęła głęboko powietrze. Myślała o Szczepanie. Niechcący. Bez kontekstu. Coś ją w nim niepokoiło. Coś zakłócało jej spokój i równowagę. Nie miała pojęcia kim jest, oprócz tego, że był partnerem Krystyny. Jego nieświadomy gest pocierania dłonią niegolonego trzy dni policzka kusił ją i poruszał. Czekała na niego. Chciała jeszcze raz to zobaczyć. Atawistyczne pragnienie bycia przy kimś, kto zaczyna niepokojąco wpływać na wrażenia, opanowało ją w jednej chwili. Wzdrygnęła się na tak idiotyczną myśl. Przestraszyła się jej.
- Co? – Zapytała niezbyt przytomnie
- Cieszę się, że przyjechałaś. Myślałam, że się nie zdecydujesz.
- Lubię atmosferę tego domu. Uspokaja mnie. – Odpowiedziała nie do końca zgodnie z prawdą.

- Oszalałeś? – Głos Krystyny, a potem wybuch jej śmiechu rozciął bardzo blisko gęstniejąca ciemność.
- Tylko zapytałem – to Szczepan.
- Chcąc nie chcąc jesteście moimi gośćmi przez najbliższe cztery dni. – Teresa pierwsza wyłoniła się z mroku - Zwalił się akurat jeden z większych jesionów, a w wolne dni nie znajdziemy żadnej ekipy, która by go była w stanie przetransportować. Dobrze, że zrobiłam zakupy.
- Elka, to wcale nie jest śmieszne! – Prychnęła Krystyna widząc rozbawiona minę siostry. Elżbieta położyła się na ciepłych deskach werandy
- Cicho, dziennik sobie uzupełnisz. Przestań się już boczyć. Ciasteczko?
- Głupia jesteś – Krystyna dała się uwieść nastrojowi.
Przez moment wszyscy najdoskonalej kotłowali się przy tacy z herbatą i ciastem. Szczepan kątem oka spojrzał na Gabrielę. Nie ruszyła się z fotela zapatrzona w przestrzeń za oknem. Czuł, albo pamiętał niesamowicie zmysłowy zapach jej perfum. Może to właśnie sprawiło, ze odważył się podejść. Lewą dłonią przesunął po podbródku…
- Znajdziesz tu natchnienie dla nowej powieści?
Gabriela uśmiechnęła się gatunkowo w okolicy Mony Lisy. Nie odwróciła głowy.
- Jesteś zabawny. – Powiedziała wolno - Mówisz teraz dialogami z telenoweli.
- Onieśmielasz mnie.- To było odważne i szczere.
Systematycznie wytrącał jej broń z ręki. Mimo opanowanego od lat, wysokiego kunsztu szermierczego pozostawała jej jedynie zasłona, nie parowanie.
- Doprawdy? A nie wyglądasz na speszonego.
Teraz zrobiło mu się wyraźnie głupio. Zagryzła lekko wargi. Nie miała takiego zamiaru.
- Patrz, jaki piękny zachód słońca, po burzy zdarzają się niesamowite. Powietrze jest wtedy takie przejrzyste.
Gdyby miał więcej samokontroli i instynktu, nie powiedziałby następnego zdania. Stanąłby blisko za nią, wdychając zapach, który coraz bardziej go oszałamiał i kusił. Pozwoliłby jej na oswajanie się z nim. Zapomniał, że przy dzikim zwierzęciu największym wrogiem jest pośpiech i gwałtowność
- A jednak nie możesz się powstrzymać. I to jest w tobie fascynujące.
Prawie zauważalnie sprężyła się w sobie. Wstała. Jej oczy zwęziły się gwałtownie.
- To kwestia wrażliwości. – Powiedziała bez poprzedniej życzliwości - Zdaje się, że dość sprawnie pozbyłeś się onieśmielenia.
Minęła go i poszła na piętro. Tak po prostu.
Yennefer…
Po raz drugi tego dnia był na siebie wściekły. Wszystko w tym domu wydawało się trudniejsze niż zwykle. Poirytowany wyszedł na werandę i usiadł na stopniach.
- Porażka towarzyska? – Elżbieta podała mu herbatę i przysiadła obok. Odrzuciła z czoła opadający na oczy kosmyk. Miało się ochotę objąć ją ramieniem.
- Normalne – wzruszył ramionami.
- Może powinieneś porozmawiać z Krystyną, znajdziecie znacznie więcej wspólnych tematów.
- Nie wiem. Czy ona…? – Zapytał nagle, bawiąc się paskiem od zegarka.
Elżbieta upiła wolno łyk herbaty.
- Jest sama – odgadła bezbłędnie intencje– co jakiś czas.
Szczepan pokiwał głową. Nie potwierdzał ani nie zaprzeczył. Cisza rozegrała się charakterystycznym dla nocy cykaniem stworzonek niewiadomego pochodzenia. Elżbieta odruchowo przytuliła się do jego boku. Milczała długo.
- To dziwny dom i dzieją się w nim dziwne rzeczy. Nieraz się o tym przekonałam.





. 2



Gabriela wyszła spod prysznica. Rzuciła okiem na zegarek. Czerwone cyfry elektronicznego budzika wskazywały drugą w nocy. Otworzyła na oścież okno. Jazgot nocnych stworzonek polowych wdarł się ze zdwojoną siłą.
Był to jedyny pokój, którego wnętrze różniło się od pozostałych. Położony na poddaszu, miał spadzisty sufit i rozważnie romantyczny zakątek z oknem wychodzącym na wschód. Mały kwadratowy kawałek powierzchni uzyskany przez wybudowanie facjatki. Można było tu pracować, czytać, rozmyślać… Mieściło się w nim tylko łóżko i niewielki stoliczek. Łóżko przywiozła osobiście. Piękne, kute w secesyjne wzory. Na ażurowej kapie, zwinięty w kłębek spał szczeniak. Od chwili, kiedy Gabriela wyjęła go mokrego spod schodów, nie odstępował jej na krok. Przylazł, pokonując niebotyczne jak na jego krótkie łapy schody i uwalił się całym niezdarnym ciałem na łóżku. Miał przy tym tak rozbrajającą minę, że nie miała siły i sumienia go wyrzucić.
Cały pokój sprawiał wrażenie wyjętego z dziewiętnastowiecznych rycin. Zamiast ciężkich antycznych mebli – jasne i delikatne etażerki, foteliki obite jedwabną tkaniną, sekretarzyk i muślinowe zasłony. Gabriela miała tu swój świat.
Wyszła na balkon. Jej cześć graniczyła z pokojem zajmowanym przez Szczepana i Krystynę. Wszędzie panowała cisza…

Gabriela zeszła na dół. Salon pogrążony był w mroku. Przyzwyczaiła oczy do ciemności. Ktoś siedział w salonie na fotelu.
- Nie zapalaj – poznała głos Krystyny. – Nie śpisz? Dotrzymałaś słowa.
- Szkoda mi takiej nocy. Zresztą – bardziej prozaicznie – od pewnego czasu mam spore problemy ze snem. Właściwie to nie sypiam w ogóle. – Gabriela oparła się o futrynę.
Obecność Krystyny działała na nią drażniąco, ale bardziej niż to, zastanowił ją fakt, że nie była teraz blisko Szczepana…
- Zmory? – Gabriela prawie wyczuła jak się uśmiecha.
- Może…
Krystyna podniosła się z fotela.
- Idę spać, zeszłam tylko po wodę – powiedziała, kłamiąc prawie doskonale.
Gabriela znała ten rodzaj oszustwa. Służył jej zawsze do upewniania bardziej siebie niż innych, że wszystko jest w porządku. Zrobiło jej się żal Krystyny. Nigdy nie miały dobrego kontaktu, ale w końcu były siostrami. Skoro w taką noc jak ta, wolała siedzieć samotnie w salonie, zamiast przytulać się do takiego mężczyzny jak Szczepan, znaczyło, że nie jest dobrze.
Zniechęciła się natychmiast po przywołaniu tej myśli. Szczepan nie był tu jedynym wyznacznikiem szczęścia. I jeszcze takie sformułowanie. I w końcu – dlaczego przy nim miałoby być tak idealnie…? Noc sprzyjała rozpoetyzowaniu. To jedno szło jej w życiu doskonale…
- Aż tak bardzo nie mamy, o czym rozmawiać? – Zaryzykowała.
Krystyna zatrzymała się na moment.
- Na to wygląda. – Zadrwiła - Trochę nas dzieli. O czym chciałabyś pomówić?
- O czym się rozmawia?
- O czym rozmawiają z w y k l i ludzie? O chorobach, rachunkach, o pogodzie.
Krystyna wyciągnęła w kierunku Gabrieli paczkę papierosów. Zapaliła, ale nie podała ognia. Stanęły obok w milczeniu wypuszczając smużki dymu. Widać było, że Gabriela pali dla towarzystwa. Wystudiowany gest Krystyny zdradzał konieczność ratowania sobie samopoczucia. Gabriela trzymała papieros w palcach obracając go niezauważalnym prawie ruchem.
- No to faktycznie nie dziwię się, że poziom zadowolenia społeczeństwa gwałtownie rośnie. A ty, o czym rozmawiasz ze swoimi koleżankami? W podobnym duchu?
- Też. A na dodatek o prochach, patologiach i wódzie.


Cdn....